Co można zobaczyć przez trzy dni w Pekinie?

Trzy dni to limit czasowy, w którym mamy możliwość na odwiedzenie Pekinu bez konieczności posiadania wizy turystycznej. Nie mogliśmy z tej okazji nie skorzystać. Było jasne, że nie zdążymy zobaczyć zbyt wiele w tak krótkim czasie, ale chcieliśmy chociaż „nadgryźć” ten wielki kawałek tortu, jakim są Chiny. Mieliśmy całkiem nabity program, a jego głównym celem był Wielki Mur Chiński (i pierożki). Nie obyło się oczywiście bez kilku wpadek, które często wynikały z naszego niedostatecznego przygotowania. Mimo to, uważam Chiny za swego rodzaju „przeżycie” i bardzo się cieszę, że zatrzymaliśmy się tam chociaż na chwilkę. Może nie jest to kraj, który znajduje się na szczycie mojej osobistej listy zatytułowanej „muszę tam koniecznie wrócić”, ale kto wie czy kiedyś jeszcze się nie rozmyślę.
Co więc udało nam się zobaczyć przez te wspomniane trzy dni? Prezentuję Wam krótki opis „day by day” – może komuś się przyda.

Dzień pierwszy
Ulica Qianmen i pyszne jedzonko

Droga z lotniska do centrum Pekinu to bułka z masłem w porównaniu z błądzeniem ulicami tego ogromnego miasta. Życie bez Google Maps jest bardzo ciężkie, o czym przekonaliśmy się próbując znaleźć drogę do naszego hostelu. Wspominałam o tym już w poprzednim wpisie.
Kiedy po długich wędrówkach udało nam się wreszcie dotrzeć do celu i minimalnie ogarnąć się po tej wielogodzinnej podróży, od razu ruszyliśmy w miasto. Nie mieliśmy wiele czasu na zwiedzanie, a zmęczenie również dawało się we znaki. Postanowiliśmy więc obrać kierunek „dobre jedzonko” i tym miłym akcentem zakończyć pierwszy wieczór w Pekinie.
Niezawodna w tym celu okazała się ulica Qianmen, a właściwie jej boczne zakamarki. Znaleźliśmy tam wiele straganów i małych restauracji, które serwowały proste, chińskie potrawy w bardzo przystępnych cenach. Żyć nie umierać!
Sama ulica Qianmen to piękne, tętniące życiem miejsce. Było tak od zawsze, aż do 1900 roku, kiedy to cała ta część miasta wraz z ulicą została totalnie zniszczona. Odbudowano ją dopiero tuż przed Igrzyskami Olimpijskimi w 2008 roku. Dziś jest to piękna promenada, przez której środek przejeżdża turystyczny tramwaj. Idąc w kierunku Zakazanego Miasta, mijamy Zhengyang Bridge, Zhengyangmen oraz mauzoleum Mao Zedonga i już znajdujemy się w komunistycznych Chinach, na placu Tiananmen. Z daleka jednak widać powiew historii w formie zółtozłotych dachów Zakazanego Miasta. Wszystko to wygląda naprawdę cudownie, ale warto zagłębić się w boczne uliczki, aby poczuć bardziej autentyczny klimacik i przekonać się jak naprawdę wygląda Pekin oraz życie jego mieszkańców.

Dzień drugi
Wycieczka na Wielki Mur Chiński

Wielki Mur Chiński to atrakcja obowiązkowa. Zostawiliśmy go sobie na nasz drugi, ale jedyny pełny dzień. Chcieliśmy, aby to przeżycie było jak najbardziej autentyczne, dlatego też nie wybraliśmy proponowanej przez nasz hostel, a także liczne strony internetowe, komercyjnej wycieczki na mur. Chcieliśmy dostać się tam normalnie – transportem publicznym, i tak też zrobiliśmy.
Nie było to rzecz jasna łatwe zadanie, gdyż jak już wspominałam w poprzednim wpisie, nie mieliśmy dostępu do Internetu. W dodatku wszystkie znaki i nazwy przystanków były zapisane po chińsku, a miejscowi nie komunikowali w języku angielskim. Udało się tylko dzięki ich uprzejmości, naszemu niekończącym się powtarzaniu „China Wall” oraz pokazywania obrazka Wielkiego Muru. O tym jednak za chwilę.

Dzień wcześniej należało zdecydować którą część muru chcemy zobaczyć. Do wyboru mieliśmy trzy opcje:

  1. Badaling to położony najbliżej Pekinu (ok. 60 minut jazdy autobusem) i najlepiej zrekonstruowany kawałek muru. Co za tym idzie, jest też najbardziej zatłoczony.
  2. Mutianyu jest położony troszkę dalej (ok. 1:15h jazdy autobusem) i nie do końca zrekonstruowany.
  3. Trekking z Jinshanling do Simatai to najbardziej hardcorowa opcja, którą brałam pod uwagę. Po tym jak zobaczyłam fotki na jakimś podróżniczym blogu, strasznie bardzo chciałam iść na ten trekking rozpadającym się murem. Niestety po przylocie do Chin, gdy okazało się, że nie mamy map i z nikim nie można się dogadać po angielsku, po prostu spanikowaliśmy. Bałam się, że zgubimy się gdzieś na tych małych wioseczkach i nie będziemy wiedzieli jak dostać się z powrotem do Pekinu. Jeśli ktoś jest jednak lepiej przygotowany i bardziej odważny, to polecam serdecznie tę część muru.

Skoro nie czuliśmy się zbyt pewnie, aby spróbować opcji ostatniej, to zdecydowaliśmy się na złoty środek, czyli Mutianyu. Podróż zaczęliśmy ze stacji autobusowej Dongzhimen, gdzie musieliśmy znaleźć autobus numer 916 jadący do Huairou. Kosztował 12 juanów za osobę, w jedną stronę. Na wspomnianej stacji należało się przesiąść na następny busik T(H?)23 (pamiętam, że musieliśmy przejść na drugą stronę ulicy, bo bus jechał w przeciwnym kierunku), który dowiózł nas pod przystanek Home of the Great Wall” za 5 juanów/ osoba. Jak łatwo obliczyć – cała podróż tam i z powrotem dla jednej osoby to koszt 34 juanów, czyli około 20 zł. Jak dla mnie, super cena.

Wstęp na Wielki Mur Chiński też wcale nie jest drogi, wszystko zależy od tego jak bardzo jesteście leniwi 😉

Jeżeli tak jak my jesteście Cebulami, które chcą zaoszczędzić na jeszcze więcej pierożków, to pieszo możecie dostać się na Mur za 40 juanów (23zł). Spalicie też sporo kalorii (wtedy możecie zjeść jeszcze więcej pierożków), bo schodów jest sporo, ale trasa jest bardzo przyjemna, ponieważ wiedzie przez park i las. Wyjazd na Mur wyciągiem to koszt 100 juanów (58 zł) w jedną stronę, 120 juanów (69 zł) w dwie strony.

Widoki na górze są niezapomniane. Nie bez przyczyny jest to jeden z siedmiu cudów świata… Mur ma około 7-8 metrów wysokości i kiedy jest się już u jego stóp, nie wydaje się tak majestatyczny jak na obrazkach. Wystarczy jednak wdrapać się po ostatnich schodach, aby zobaczyć w całej okazałości tego wijącego się stromymi zboczami węża. W tym momencie nie da się nie podziwiać jego wielkości i chylić czoła wszystkim, którzy w tak trudnym terenie budowali coś tak monumentalnego. Ciężko z czymkolwiek porównywać mur, jednak wydaje mi się, że podobny zachwyt (i żal nad ludzkim cierpieniem) czułam widząc ogromne, kamienne bloki piramidy Cheopsa w Egipcie.

Mimo iż był to listopad, to na górze spacerowało dosyć sporo ludzi. Przed wyjazdem czytałam, że największa szansa na przeżycie „w cztery oczy z Murem Chińskim” bywa wczesnym rankiem. Nam po tak długim locie niestety nie chciało się wcześnie wstawać. Dla zmotywowanych mogę tylko zasugerować, że pierwszy bus z Pekinu odjeżdża około 6 rano, więc jest możliwość być na Murze w w miarę wcześnie.
Pomimo popołudniowej pory wystarczyło jednak odejść trochę dalej, aby ujęcia były nieco bardziej „Instagramowe”. W dodatku na końcu zrekonstruowanej trasy dało się, oczywiście prawdopodobnie nielegalnie (co wcale nas nie przestraszyło), dostać na nieodnowioną odnogę muru, która zrobiła na mnie o wiele większe wrażenie, niż ten lśniący przygotowany dla turystów mur. Natura zdecydowanie wygrywała tutaj długotrwałą walkę z monumentalną budowlą. Zarośnięty drzewami, ukruszony w wielu miejscach mur był o wiele bardziej tajemniczy i autentyczny. Widząc to wszystko postanowiłam, że któregoś pięknego dnia wybierzemy się na ten wspomniany już trekking po murze. Może w innej części Chin, kto wie?

Rozpadający się kawałek muru, boczna odnoga

Dzień trzeci
Pałac letni i Wzgórze Węglowe

Po udanej wycieczce na Chiński Mur przyszedł czas na kolejny fail – tak żeby utrzymać należyty balans. Chcąc dowiedzieć się o której godzinie otwierają się kasy do Zakazanego Miasta, natrafiliśmy na dziwną informację o tym, że w poniedziałek są one zamknięte. „Ja kto zamknięte?” – powiedziała rezolutnie Martynka – „No to kupimy bilety online”. Jak się okazało, kasy już wcale nie działają i bilety kupić można TYLKO online, ale w poniedziałek faktycznie całe Zakazane Miasto jest nieczynne dla turystów. Troszkę pech, gdy jest to twój ostatni dzień w Chinach, no ale nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Mój brak przygotowania nie był aż taki straszny, ponieważ szybko znalazłam nam ciekawą alternatywę.

Na Zakazane Miasto pojechaliśmy popatrzeć „z góry”, odwiedzając Wzgórze Węglowe. Łatwo dostać się tam metrem, a bilet wstępu to jedynie 2 juany. Piękny park Jingshan, w którym ludzie spacerowali, ćwiczyli jogę czy też po prostu odpoczywali, wyglądał jak oaza spokoju w samym sercu zatłoczonego Pekinu.
Zakazane Miasto podziwialiśmy więc ze Wzgórza,które wznosi się na wysokość 43 metrów i zostało sztucznie usypane w roku 1421 z ziemi, która została z wykopywania fosy wokoło Zakazanego Miasta. Na jego szczycie stoi jeden z pięciu pawilonów usytuowanych w parku, Pawilon Wiecznej Wiosny. Jeśli ktoś zainteresowany jest szczegółami architektury chińskiej, to znajdzie je na pewno w każdym przewodniku po Pekinie. Ja mogę tylko powiedzieć, że Pawilon był całkiem ładny, a widok byłby o wiele piękniejszy, gdyby nie zasłaniała go chmura smogu… ale to zdaje się jest w Pekinie normalka.

Prosto z parku udaliśmy się metrem w kierunku Pałacu Letniego. Jego początki datuje się na rok 1750, kiedy to jeden z cesarzów, chcąc uszczęśliwić swoją mamę, wybudował na tym terenie pierwszy budynek. Systematycznie powstawały kolejne i kolejne. Obecnie nazwa „Pałac Letni” jest trochę myląca, bo nie jest to jeden „domeczek” ze zbiórką cesarskiej porcelany, ale ogromny areał zajmujący powierzchnie 3 km kwadratowych (z czego 3/4 to wielkie jezioro Kunming). Spokojnie można by w nim spędzić cały dzień, ale my niestety nie dysponowaliśmy aż taką ilością czasu, więc skupiliśmy się na najważniejszych punktach, a mianowicie:

  1. Wzgórze Długowieczności z którego z jednej strony rozciąga się piękny widok na Pekin i okoliczne góry, a z drugiej możemy podziwiać panoramę całego areału.
  2. Wieża Buddyjskiego Kadzidła – wznosi się na wzgórzu i jest chyba najbardziej charakterystycznym punktem całego pałacu. Choć kiedyś dużo wyższa(miała aż dziewięć pięter), to do dziś robi wrażenie.
  3. Długi korytarz, a raczej po prostu 750 metrowa altanka pokryta malowidłami, to podobno najdłuższy tego typu obiekt na świecie.
  4. Marmurowa Łódź, to „pawilon” wybudowany na życzenie cesarzowej Cixi z budżetu przeznaczonego na wojsko. Gdyby chociaż można było nią gdzieś popłynąć, a ona jak stała, tak stoi do dziś…
  5. Most Siedemnastu Łuków znajduje się dosyć daleko od głównego wejścia, aczkolwiek jest bardzo fotogeniczny (o ile da się uniknąć okupujących go tłumów).

Samo zwiedzanie pałacu jest dość proste. Wystarczy jedynie podążać za ludźmi, trasą dookoła jeziora.
Czasami jednak wydawało nam się, że wśród tych wszystkich pięknych monumentów, dla miejscowych największą atrakcję stanowiliśmy my. Niejednokrotnie zatrzymywały się przy nas chińskie wycieczki i prosiły o fotkę, uścisk dłoni, albo fotkę kiedy ściskają nam dłoń. Było to miłe, ale zarazem strasznie dziwne. Szczególnie, kiedy na chwile zniknęłam z pola widzenia, a mojego męża oblepiła grupka Azjatek (ciasno, aby wszystkie zmieściły się do selfie…) No cóż…

Jeżeli chodzi o ceny, to standardowy bilet wstępu do Pałac Letniego kosztuje 20 juanów (około 12 zł). Niektóre atrakcje, takie jak uliczka Souzhou Street, są dodatkowo płatne. Istniała możliwość dokupienia poszczególnych wstępów, lub zakup biletu „all inclusive” za 50 juanów (około 30 zł).

Pałac Letni był ostatnim punktem naszej wycieczki po Pekinie. Wieczorem czekał nas już tylko transfer na lotnisko i dalsza część podróży, już w Nowej Zelandii 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *