Co warto kupić w Decathlonie? Produkty przetestowane w podróży.

Na pomysł napisania tego krótkiego przewodnika wpadłam przeglądając swoją szafę i odkrywając przy tej okazji, że większość rzeczy, które zabieram ze sobą w podróże pochodzi z jednego sklepu. Decathlon ma swoich fanów i przeciwników, ale ja osobiście uważam, że dostępne tam produkty mają super jakość, a przy tym są w przystępnej cenie. Większość z nich, (głównie ubrania) używam też na co dzień i świetnie się sprawdzają.

Z tego też powodu chciałam podzielić się z Wami listą moich ulubieńców. Może przyda się Wam ona przy planowaniu swoich wyjazdów (miejmy nadzieję, że już w przyszłym roku), a może posłuży jako inspiracja na świąteczny prezent dla kogoś bliskiego.

1.Kurtka przeciwdeszczowa
Ja i moja kurtka jesteśmy nierozłączne podczas podróży. Często zdarza mi się używać jej także w deszczowej Holandii. Jest miła w dotyku, miękka (nie jak te sztywne „kapoki”) i co najważniejsze skutecznie chroni od deszczu i wiatru, nawet przez długie godziny. Model, który posiadam ja, czyli MH900 składa się z trzywarstwowej membrany o wodoodporności 15000 w skali Schmerber, która także „oddycha”. Zamki i szwy są również wodoszczelne. Mogę szczerze przyznać, że jeszcze nigdy mnie nie zawiodła i zdecydowanie ją polecam.

W swojej kolekcji posiadam również tańszy model, w wersji bardziej „na co dzień”. Różni się od nie tylko ceną, ale także poziomem wodoodporności i materiałem. Kurta ta nie posiada membrany, ale tak zwany „coating”. Jest to warstwa farby nakładana od spodu materiału, która chroni przed deszczem i wiatrem. W czym więc różnica? – zapytacie. Coating nie pozwala na odparowywanie potu, dlatego podczas intensywnego wysiłku, np. wędrówki w górach pot spływa nam po plecach. W dodatku jest to materiał mniej trwały niż membrana, która przy odpowiednim traktowaniu wytrzyma lata użytkowania.

Podsumowując moje wywody – tańsze kurtki z „coatingiem” świetnie sprawdzają się do codziennego użytku, spacerów z psem, czy też krótkich wypadów za miasto. Komuś, kto ma w planie długie górskie wędrówki w zmieniających się warunkach z pewnością radziłabym trochę dołożyć i zaopatrzyć się w pogodoodporną kurtkę z membraną.

2.Softshell
Softshell to dobra opcja na pogodne, ale wietrzne dni. Nie jest wodoodporny, sprawdzi się jedynie przy przelotnym, niewielkim deszczu, ale za to doskonale chroni od wiatru. Posiadam troszkę starszy model tego softshellu, który kupiłam na promocji za pół ceny. Nie pałam do niego tak namiętnym uczuciem, jak do kurtki MH900, ale za to mój mąż uwielbia swoją męską wersję tego samego modelu. Ja, będąc zmarzluchem, w chłodniejsze, wietrzne dni sięgam raczej po kurtkę i puchaty polar, ale nie zaprzeczę, że softshell świetnie sprawdza się przy górskich wędrówkach i wysiłku fizycznym, kiedy nie potrzebuję być aż tak bardzo zapatulona 😉

3.Ubrania z wełny merynosa
Merynosy to owce, które żyją w bardzo trudnych warunkach górskich, gdzie temperatura w zimie spada do -20 stopni, natomiast latem dochodzi aż do 40. Te sprytne stworzenia dostosowały się do tego klimatu i dzięki swojej fantastycznej wełnie czują się komfortowo przy każdej pogodzie.
Z tego też powodu ich wełna to tak drogocenny materiał. Ubrania z wełny merynosów świetnie izolują od zimna, ale sprawdzają się też w lecie. Dodatkowym ich atutem jest to, że jako tkanina naturalna nie pochłaniają „zapachów”, dlatego można nosić je bez problemu na kilkudniowym szlaku.
Ja sama posiadam dwie bluzki z wełny merynosa ( i inną nieco starszą) oraz bandanę, którą często zakładam jako opaskę na głowę. Uwielbiam nosić je, nie tylko w czasie podróży, ale i przy wypadach za miasto, czy spacerach w chłodniejsze dni. Są dla mnie niezastąpione szczególnie zimą, także jako bielizna termiczna (używałam ich także jeżdżąc na snowboardzie).
Kupując ubrania z wełny meriono należy zwrócić uwagę na ich skład.
* ubrania 100% merino – świetnie izolują, ale mogą okazać się mniej trwałe, ponieważ wełna jest bardzo delikatna.
* ubrania z domieszką innych włókien (np. poliamidu) – pomagają chronić delikatną wełnę, dzięki czemu są bardziej wytrzymałe. Dodatkowym atutem jest też fakt, że szybciej schną po wypraniu.
* ubrania z mniej niż 20% merino – takie też są w sprzedaży i zaskoczyłyby was z pewnością ich ceny. Ja również byłam bardzo zdziwiona, gdy zobaczyłam w Nowej Zelandii (miejsca skąd merynosy się wywodzą!) swetry z małą domieszką wełny merino o pięciokrotnej cenie mojej bluzki 100% merino. Tak mała domieszka wełny sprawdza się jedynie na skarpetkach, ponieważ jak już wspomniałam jest to bardzo delikatne włókno i gdyby wyprodukowano z niej 100% skarpety, to po jednym użyciu można by je wyrzucić.

4.Polary
Muszę się przyznać, że mam słabość do polarów z Decathlonu i posiadam ich co najmniej kilka w swojej kolekcji. Nie mogę się oprzeć cieplutkim , puchatym i wygodnym ubraniom dlatego moją najnowszą zdobyczą jest cudowny zimowy polar SH100 w którym czuję się (i wyglądam) jak puchaty niedźwiadek polarny. Nie nazwałabym go jednak polarem turystycznym, no chyba, że wybierzemy się na zimową wyprawę na Islandię, jest to raczej „mundurek” do oglądania Netflixu. Przygotowując się na górskie wędrówki, lub podróż w nieznane sięgnęłabym raczej po cieńsze, bardziej funkcjonalne polary takie jak model MH900, który ma super przewiewne panele pod pachami, lub typowo izolujący model MH120.
Polary swoje „izolujące zdolności” zawdzięczają powietrzu, które ugrzęzło między miękkimi włóknami bluzy i ogrzewa nas naszym własnym ciepłem. Dlatego też czym bardziej puchaty i mięciutki polar, tym będzie cieplejszy. Dodatkową zaletą tego rodzaju materiału, jest fakt, że wyrabia się go z plastikowych butelek poddanych procesowi recyclingu. Jego produkcja to świetny pomysł, aby pomóc w walce z zasypującym nas plastikiem.

5.Buty trekkingowe
Moje pierwsze buty trekingowe kupowałam na wycieczkę do Gruzji. Wybierałam je ze skręconą kostką, której nie mogłam nawet wcisnąć do buta. Dlatego też z całym zaufaniem do Decathlonu, kupiłam model TREK 100, który okazał się strzałem w dziesiątkę na Kaukaskich bezdrożach. Buty te są podstawowym modelem na trekking. Jest to model wysoki, z małą domieszką skóry, wodoodporny i stabilny. Podeszwa jest dostatecznie twarda, aby bezpiecznie maszerować w trudniejszym terenie, a przy tym nie na tyle twarda, żeby być niewygodną (buty na bardzo trudny teren mają podeszwę tak twardą, że wręcz nie da się jej wygiąć – chodzicie więc płasko). Bardzo lubię te buty i świetnie sprawdziły się podczas marszu z 12 kg na plecach (szczególnie pomogły w ustabilizowaniu mojej wcześniej skręconej już kostki).
ALE…
Są to buty dość ciężkie, idealne na trekking (jak już wspominałam). Jadąc do Nowej Zelandii ruszyłam na poszukiwania czegoś lżejszego, wygodniejszego i bardziej elastycznego. Znalazłam te cudeńka do których zapałałam uczuciem równie wielkim jak do wcześniej wspomnianej kurtki. Są to najwygodniejsze buty turystyczne jakie kiedykolwiek miałam na nogach (a przetestowałam ich sporo). Model który wybrałam, to buty kategorii MID, czyli o średniej wysokości (na dwa haczyki), wodoodporne, lekkie, wykonane ze skóry z domieszką materiału EVOFIT, który dopasowuje się do stopy. Dzięki świetnej amortyzacji na pięcie chodzi się w nich jak po obłoczkach. Dla mnie są to buty idealne na proste szlaki z małym plecakiem (do nich zaliczam także Tongariro Alpine Crossing, gdzie większość szlaku prowadzi po schodkach lub świetnie przygotowanymi chodnikami) oraz do użytku lokalnego, na dłuższe spacery tu, w płaskiej jak naleśnik Holandii. Przy cięższych trasach wybrałabym moje buty trekkingowe, ale na te łatwiejsze zdecydowanie zabieram MH500.

6.Rękawiczki trekkingowe
Co tu dużo mówić, te rękawiczki to najlepsza rzecz na świecie na rower, ale też na podróżowanie. Nie przetrwałabym bez nich holenderskiej zimy, kiedy to leje, wieje, nieważne – i tak jeździ się na rowerze. Chronią od wiatru, są ciepłe i wygodne. Moje są z Btwin (nie mogłam ich znaleźć na stronie Decathlonu), ale super są też te z Forclaz – o takie.

7.Skarpetki turystyczne
Mogłabym tutaj napisać długie wywody na temat skarpetek, ale ograniczę się ile tylko będę mogła 😀 W zależności od tego jakie macie buty – niskie, średnie, czy wysokie – należy do nich dobrać odpowiednie skarpetki. Podzielę je tutaj na cztery kategorie: (żadna z nich nie obejmuje skarpetek z Harryego Pottera z Primarku, w których zdarzało mi się chodzić po górach zanim odkryłam czym są skarpetki turystyczne)
– skarpetki bawełniane z domieszką poliamidu jak na przykład NH500 to skarpetki na krótkie, mało intensywne spacery – wygodne, ale niezbyt dobrze odprowadzające pot. Sprawdzą się na przechadzce do lasu, albo spacerze doliną, wzdłuż rzeki.
– skarpetki syntetyczne – np. model MH500 są super skarpetkami na bardziej intensywne wędrówki po górach. Poliamidowe włókna nie zatrzymują wilgoci, więc ta „wędruje” sobie dalej przez nasze buty, odparowując aż na zewnątrz. Oczywiście nie da się odprowadzić całej wilgoci, ale dzięki temu, że włókna są syntetyczne, skarpety szybko też schną.
– skarpetki z domieszką wełny merynosów – MH900 idealne na kilkudniowy trekking, ponieważ można je nosić dłużej niż jeden dzień bez zagrożenia życia i zdrowia oparami unoszącymi się z butów 😉 Wełna świetnie neutralizuje brzydkie zapachy i chroni przed pęcherzami.
– ostatnia kategoria to skarpetki cieplusie i milusie na zimowe wędrówki. Nosiłam je w kombinacji z moimi butami MH500 w śniegu i szczerze powiedziawszy nie czułam chłodu. Posiadam model SH500 ultra warm – o ten.

8.Kijki trekkingowe
Nieodłączna część mojego ekwipunku, kiedy muszę tachać gdzieś plecak (nie plecaczek, a 45 litrowy plecak). Świetnie pomaga w utrzymaniu równowagi w trudniejszym terenie, a także przy wychodzeniu na szczyt (przynajmniej ja tak mam, że lubię się na nich podeprzeć). W Decathlonie mają wiele różnych modeli, ja mam jeden z tych tańszych, ponieważ znowu aż tak często ich nie używam. Są całkiem lekkie (wiadomo, nie są z carbonu, ale są spoko) i poręczne. Jedyne co mnie na nich denerwuje, jest system rozkładania z mała kuleczką, która ma tylko określone wysokości, przez co niestety nie są zbyt elastyczne.

9.Namiot
Przygotowując się na wycieczkę do Nowej Zelandii szukaliśmy namiotu, który będzie w miarę lekki, zmieści się nam do walizki, a cena nie zwali nas z nóg. W ostateczności postawiliśmy na prosty model ARPENAZ fresh&black 3, który spełnił wszystkie postawione przez nas warunki.
Jest to namiot bardzo prosty, ale wytrzymały i posiadający technologię fresh and black. Oznacza to, że w środku jest ciemno, dzięki czemu lepiej się śpi nawet na oświetlonych campingach, a specjalny materiał odbija promienie UV i chroni przed nadmiernym nagrzewaniem się namiotu. Sprawdziliśmy, naprawdę działa.
Podobało nam się też, że rozpina się z obu stron, dzięki czemu jest w nim świetna wentylacja. Waży jakieś trzy i pół kilo i jest super prosty w montażu. Jedynym minusem, który odkryliśmy w czasie użytkowania, był dość niestabilny stelaż, który przy silnym wietrze i burzy przechylał cały namiot z boku na bok, co nie było zbyt komfortowe. Mocny wiatr sprawił również, że boki przylepiały się do wewnętrznej części i ścianki troszkę przemokły. Nie są to jakieś wielkie rzeczy i trzeba też przyznać, że warunki były dosyć ekstremalne, ponieważ jak zapewnia Decathlon – przetestowany wiatr na tym modelu to 40 km/h, a jestem pewna, że tej pamiętnej nocy wiało dużo silniej.
Podsumowując oczywiście nie jest to najlepszy namiot na świecie, a nawet w Decathlonie, ale stosunek jakości do ceny sprawia, że zdecydowanie jest to model warty uwagi. Jeżeli nie macie w planie używać go zbyt często, a tylko na okazyjne wyjazdy, głównie w lecie – to myślę że jest to świetna opcja.
Jasne, że gdybym dysponowała większym budżetem, to pewnie wybrałabym namiot TREK 500 fresh&black, który jest stabilniejszy (posiada aluminiowy stelaż) lepiej wykonany i bardziej wytrzymały. Myślę jednak, że na nasze potrzeby całkowicie wystarczy nam tańczy, ale całkiem dobry Arepnaz 3.

10.Śpiwór trekkingowy
Swój pierwszy trekkingowy śpiwór kupiłam na wycieczkę do Nowej Zelandii, wiedząc, że będę go tam dosyć często potrzebować. Wcześniej albo pożyczałam, albo spałam w jakimś starym, średniowiecznym, który zajmował mnóstwo miejsca w bagażu. Teraz posiadam piękny śpiwór TREK 500 (a właściwie starszą wersję tego z linka) z limitem do 10 stopni Celsjusza. Jest bardzo praktyczny, bo mieści się zaledwie w 7,9 litra (wersja L), jest lekki i poręczny, a przy tym dość dobrze izoluje. Gdybym kupowała go jeszcze raz, to może wzięłabym ten do 5 stopni, ponieważ jestem zmarzluchem, a zdarzyło nam się, że temperatura w której spaliśmy była bliska zeru i przyznam, że było mi w nim trochę zimno.
Swoją drogą rozmiar śpiwora jest bardzo ważny, ponieważ powinien on być jak najbliżej naszego ciała, aby dobrze „trzymać ciepło”. Nie kupujcie więc większego, żeby było więcej miejsca i był „wygodniejszy”, bo później, w niskiej temperaturze będziecie tego żałować.
Druga przydatna wskazówka brzmi – wyciągnąć śpiwór z woreczka dopiero kiedy kładziemy się spać. Jeśli wyciągniecie go wcześniej, to „wchłonie” on zimne, nocne powietrze i kiedy już położycie się spać, to będzie się on o wiele dłużej „nagrzewał”. To tylko tak BTW – musiałam wtrącić swoje trzy grosze, ale może komuś się przyda 😉

11.Lampa czołówka
Przyda się na mrożące krew w żyłach wyprawy do ciemnych jaskiń, pełnych nietoperzy, ale też na nocne spacery do toalety na nieoświetlonym campingu. Niezawodna i tania czołówka ONENIGHT 100 całkowicie spełnia moje wymagania. Nie jest to profesjonalny sprzęt, dzięki któremu możecie widzieć na odległość stu, czy tam dwustu metrów, ale ja takiej nie potrzebuję. W Decathlonie są i lepsze, trochę droższe (choć i tak tanie jak na swoje parametry), więc jeśli ktoś ma większe ambicje co do nocnych przechadzek, to pewnie też coś wybierze.

12.Ręczniki szybkoschnące z mikrofibry
Na koniec chciałam jeszcze wspomnieć o tych ręcznikach, które co prawda nie są z działu turystycznego, ale mamy je ze sobą na każdym wyjeździe. Dzięki temu że nie zajmują wiele miejsca, a przy tym są dosyć chłonne i przyjemne. Bierzemy je ze sobą nawet do bagażu podręcznego na city breaki (jakoś nie mam zaufania do hotelowych ręczników no…). Mają różne rozmiary i kolory, więc każdy znajdzie coś dla siebie.

13.Plecaki
Zapomniałam wspomnieć jeszcze o plecakach, a jest to jedna z najważniejszych rzeczy jakie zabieramy ze sobą w podróż. Niestety nie posiadam żadnego plecaka turystycznego z Decathlonu, więc nie mogę podzielić się z Wami swoim doświadczeniem w użytkowaniu. Plecak to kwestia bardzo indywidualna, a dla mnie zwycięzcą zawsze będzie Deuter, aczkolwiek uważam, że w Decathlonie też sprzedaje się kilka interesujących modeli, np ten. Mam za to kilka tanich, małych plecaczków (10L i 20L, które przydają się na jednodniowe wycieczki, czy też jako wypełniacz dna bagażu podręcznego, do późniejszego użytku w mieście. W tym przypadku znowu cena – jakość jest na świetnym poziomie i jeśli ktoś szuka małego, pojemnego plecaka, to w Decathlonie znajdzie ich szeroki wybór.

Inne drobnostki, które warto kupić w Decathlonie:
– butelki na wodę
– termosy
– naczynia campingowe
– poduszki (na zdjęciu poduszka z memory foam (14)
– krzesła i sprzęt campingowy
– bielizna termiczna (syntetyczna)

Czego jeszcze nie mam, ale jest na mojej liście:
legginsy trekkingowe
kurtka puchowa
wodoodporne spodnie
legginsy z wełny merynosa

Produkty z Decathlonu „w akcji”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *