Nowy rok, nowy blog

Za każdym razem, z początkiem Nowego Roku, ludzie wymyślają sobie masę postanowień, które mają wpłynąć na ich rozwój osobisty lub poprawę życia. Część z nas chce schudnąć, część rzucić palenie, a część nauczyć się nowego języka. Każdy ma swoje osobiste cele i marzenia, które z mniejszym lub większym samozaparciem chce zrealizować.

Ja również mam swoje marzenie, które noszę w głowie już od dawna, ale w roku 2019 wreszcie zamierzam wdrożyć plan w życie. Jest to w zasadzie osobisty projekt, który będę realizować przez wiele lat, sięgając po kolejne cele każdego roku. Wymyśliłam sobie mianowicie, że zanim skończę 50 lat chciałabym odwiedzić 100 różnych krajów, a w dodatku mam zamiar o tym pisać.

Zapytacie: dlaczego? Odpowiedź jest prosta – uwielbiam podróżować, pisać i dzielić się doświadczeniami. Zdarzyło się już, że moje opowieści zainspirowały znajomych do wyruszenia na własną przygodę, a  rekomendacje odwiedzonych przeze mnie miejsc i restauracji, oszczędziły im czasu przy podejmowaniu decyzji. Zawsze strasznie mnie to cieszyło, więc czemu nie miałabym udostępniać swoich podróżniczych doświadczenie szerszemu gronu ludzi w Internecie? Jeśli kogokolwiek to zainteresuje lub co więcej pomoże w organizacji własnego wyjazdu, będę ogromnie szczęśliwa. Dla mnie samej będzie to swego rodzaju podróżniczy dziennik, do którego zawsze będę mogła wrócić, jak do starego albumu ze zdjęciami.

Jestem świadoma, że zawieszam sobie poprzeczkę dość wysoko, ale cel sam w sobie nie jest nieosiągalny. Obecnie, w wieku 28 lat mam na swojej liście jedynie 18 krajów i wielką motywację, aby dopisać do niej kolejne. Zostają mi więc do odwiedzenia 82 kraje przez kolejne 22 lata, co daje 3,7 państwa na rok. Biorąc pod uwagę fakt, że nie byłam jeszcze ani razu np. we Włoszech, można oczekiwać, że dobicie do 50 nie będzie wcale takie ciężkie. Miejmy nadzieję, że później (gdy skończą się te „łatwe zdobycze”) znajdę czas i pieniądze na wycieczki do Kenii, Indii czy na Madagaskar 😉 Trzeba być ambitnym i mierzyć wysoko, stąd właśnie wzięła się ta okrągła setka.

W roku 2019 mam już zaplanowanych kilka podróży do miejsc, w których jeszcze nie byłam. Uchylając rąbka tajemnicy – w pierwszej połowie roku wybieram się do Francji, Monako, Turcji i Luksemburgu, co daje mi 4 nowe kraje do „kolekcji”. Można więc powiedzieć, że na ten rok jestem już nad średnią. Na tym jednak moje plany się nie kończą. Gdybym jednak chciała zrealizować wszystkie pomysły, które mam w głowie, stanowczo przekroczyłabym roczny limit urlopowy. Na dzień dzisiejszy pewny jest jedynie przedłużony weekend w Pradze w lipcu, którego tak nawiasem nie mogę się już doczekać.

Zdradziłam Wam już swoje zamiary, ale przy tym nawet się jeszcze nie przedstaiwłam. Możemy to szybko nadrobić. Mam na imię Martyna i dokąd sięgam pamięcią, moja niespokjojna dusza zawsze pragnęła tułać się gdzieś po świecie. Na pierwszą wycieczkę za granicę pojechałam do Egiptu w wieku szesnastu lat i wpadłam po uszy. Nie umiałam już zagłuszyć w sobie tej nieustannej chęci poznawania nowych miejsc, ludzi i kultur. Na swoje studia wybrałam gospodarkę turystyczną na UE w Katowicach, przy czym wyjazdów zorganizowanych unikałam i do dziś unikam jak ognia. Podczas studiów zbierałam sumiennie zarobione tu i ówdzie pieniądze i zamiast na ciuchy, wydawałam je na wycieczki w piękne miejsca. Uwielbiam ten dreszczyk emocji przy kupowaniu taniech biletów lotniczych, a później cały proces planowania każdego dnia i czytania od deski do deski, turystycznych przewodników. Nie zawsze podczas moich podróży trzymam się później tego planu, nie zawsze da się go zrealizować, ale zawsze jest on szczegółowo przygotowany w excelowskiej tabelce.

Podczas jednego z moich europejskich city breaków totalnie zakochałam się w Londynie i postanowiłam sobie, że po studiach to właśnie tam chce zamieszkać. W tym celu zapragnęłam podszlifować swój angielski i zgłosiłam się do programu Camp Leaders. Dostałam się, co oznaczało, że mogłam wyjechać na dziesieć tygodni do pracy na obozie dla dzieci w Ameryce. W tym momencie nie wiedziałam jeszcze, że wyjazd ten przewróci wszystkie moje plany do góry nogami. Czas spędzony na Campie mogę śmiało nazwać najlepszym latem w moim życiu, a ludzi których tam poznałam uwielbiam i cały czas utrzymuję z nimi kontakt. Stało się jednak, że zamiast w Londynie, po obronieniu magisterki, wylądowałam w Brnie. Wszystko to za sprawą pewnego Czecha, którego poznałam podczas mojej pracy na Campie. Do dziś jest to najlepszy towarzysz każdej mojej podróży, także tej przez życie. Zmieniło się tylko tyle, że z Czech przeprowadziliśmy się do Holandii, odkrywamy wspólnie Beneluks i dużo jeździmy na rowerach.

Lato na Campie
Podróż przez Gruzję w koszulkach Camp Nock-a-Mixon
Na rowerach w Brugii

Życie może wymyślić najbardziej pokręcone historie, ale gdy głębiej się nad tym zastanowię, wydaje mi się, że wszystko to tak po prostu miało już być. Odważe się więc zrobić kolejny krok i zakładam dziś tego bloga, o którym tak zawsze marzyłam. Podejmuję też wyzwanie, które jest dla mnie ogromnie ekscytujące i ważne. Chcę poznawać świat i dzielić się tym tutaj, a co wyłoni się zza następnego zakrętu  przekonamy się już wkrótce.

Like & Share
error

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *