Pekin przed pandemią – praktyczny przewodnik

Uważam za niebywały sukces fakt, że po niespełna roku od wizyty w Chinach i Nowej Zelandii, udało mi się wreszcie usiąść na tyłku i zacząć składać wszystko w całość. Winą, za ten nagły zapał do dzielenia się moimi doświadczeniami możemy z całą pewnością obarczyć obecną (beznadziejną) sytuację na całym świecie, a także to, że w naszym małym holenderskim domeczku udało się już uporać z większą częścią prac. Mam nadzieję, że moja motywacja nie umrze śmiercią naturalną już po pierwszym poście, bo bardzo bym chciała tym wszystkim się z Wami podzielić. Wspomnienia są dobrą terapią na moją umęczoną brakiem podróży duszę… Zacznijmy więc od „Puszki Pandory” czyli miejsca gdzie cała ta pandemia się zaczęła….

Ogólne wrażenia z Pekinu

Zwiedzanie Pekinu nie było pierwotnie w planie. Rozterki zapoczątkowało odkrycie, że nasz lot do Auckland z liniami lotniczymi Air China, miał przesiadkę w stolicy Chin. Długo zastanawialiśmy się, czy poświęcić na Pekin nasz cenny czas, które moglibyśmy spędzić w Nowej Zelandii. W ostateczności jednak uznaliśmy, że zaryzykujemy i myślę, że zdecydowanie było warto.

Powiem Wam szczerze, że Chiny to całkowicie inny świat, a przynajmniej ja tak to odczułam. Pierwszym szokiem, który uderzył nas zaraz po wyjściu z samolotu, był brak wszystkich możliwych usług Google. Nie myślcie jednak, że my amatorzy się tego nie spodziewaliśmy. Mieliśmy przygotowane VPN, które jednak, jak się później okazało, nie do końca działało w Chinach. Uratowały nas mapy.cz i wszystkie inne lokalne Polsko/Czeskie portale. Warto o tym pamiętać, szczególnie gdy Wasze bilety lotnicze są zapisane na poczcie Gmail <facepalm>. W jednym momencie okazuje się, że bez Googl nie umiemy sobie z niczym poradzić. Bardzo to smutne, ale bardzo prawdziwe…

Z powodu braku chińskiej karty sim mieliśmy też kłopot ze znalezieniem naszego hostelu. Wydrukowałam przed wyjazdem mapę zamieszczoną na ich stronie internetowej, ale strasznie ciężko było się w niej połapać. Próbowaliśmy więc zapytać o drogę przechodniów, niestety komunikacja w języku angielskim stanowiła dość istotny problem… W ostateczności uratował nas pewien przemiły pan, który zamówił nam miejskiego „ubera” prosto pod drzwi hostelu. Była to jedyna osoba mówiąca komunikatywnym angielskim, którą spotkaliśmy przez całe trzy dni naszej chińskiej przygody.

Wracając do tematu… jak już wspominałam Pekin to całkowicie inny świat – również pod względem architektonicznym i kulturowym. Byłam pod wielkim wrażeniem zabytków z czasów cesarskich, ale z drugiej strony trochę zaszokowały mnie warunki w jakich obecnie żyli ludzie w centrum miasta. Wystarczyło tylko zboczyć z głównej, turystycznej ścieżki, aby odnaleźć się w wąskiej, brudnej i niezbyt przyjaźnie wyglądającej uliczce. Wieczorem przez rozświecone okienka, można było zauważyć miniaturowe mieszkanka w których żyli pekińczycy. Jestem pewna, że w tak wielkim mieście, z tak ogromną ilością mieszkańców, na pewno istnieją piękne i opływające bogactwem dzielnice, ale boję się, że są one jedynie małą cząsteczką całości. Przedmieście, które widziałam jedynie z pociągu, przypominały raczej niekończący się ciąg szarych, smutnych blokowisk. Trzy dni, to jednak bardzo mało, aby poznać wszystkie zakamarki Pekinu, więc z tym tematem odsyłam do kogoś o lepszym spojrzeniu na sprawę. Dla mnie był to tylko krótki rzut okiem.

Ciężko nie zgodzić się z faktem, że wielkie miasta bywają brudne i zatłoczone, ale w przypadku Pekinu uroku nie dodaje też wiszący nad miastem smog. Jest bardzo mała szansa, że uda Wam się trafić na słoneczny dzień, w którym widoku na Zakazane Miasto nie zakrywałaby szara mgła. Wiemy dobrze jak ciężka bywa czasami sytuacja związana z czystością powietrza w Krakowie, czy Warszawie. Tutaj to chleb powszedni i wszyscy zdążyli się już do tego przyzwyczaić. Maseczki (które wtedy dla nas były jeszcze czymś strasznie dziwnym), to dla mieszkańców Pekinu normalka, tak samo jak kamery obserwujące każdy ruch na ulicy.

Pekin naszpikowany jest kamerami, które mierzą człowiekowi prosto w twarz. Wiszą na każdym słupie, na drzewach, na lampach… Znajdziemy je na ulicy, w parkach i wiekowych zabytkach – jednym słowem wszędzie. Te kamery sprawiały, że czułam się strasznie nieswojo. Nie żebym miała jakieś złe zamiary, ale dziwnie jest być obserwowanym na każdym kroku. Wszyscy znamy opowieści o tym jak to jest w Chinach i jak bardzo społeczeństwo jest kontrolowane. Nie mogłam w to uwierzyć dopóki sama tego nie zobaczyłam.

Inną dziwną rzeczą jest zobaczyć jak wygląda komunistyczny brak bezrobocia. Dobrym przykładem były toalety publiczne w których zwykle przydzielonych było średnio trzech pracowników na część damską i trzech na męską. Jeśli naprawdę chcecie wiedzieć jak to wyglądało, to wyobraźcie sobie, że jesteście tam sami, a pod drzwiami, uśmiechnięta pani czeka aż skończycie i będzie mogła posprzątać… Idealna sytuacja, pełen komfort…
Takie samo przeludnienie w pracy panowało w każdej restauracji, na lotnisku, czy w komunikacji miejskiej. Przypomniało mi się wtedy nasze znane porzekadło „czy się stoi, czy się leży – pięćset złotych się należy” Dokładnie tak! Swoje „pięćset złotych” dostała z pewnością i pani, która spała w okienku informacji na lotnisku 😉

Wszechobecne w Pekinie skuterki

Jedzenie

Jeżeli nie fascynujecie się chińską kulturą, ani zabytkami architektonicznymi, to jedynym argumentem za wycieczką do Pekinu jest jedzenie. Wszystko czego tam kosztowaliśmy było pyszne, nie ważne jak bardzo dana restauracja było brudna i zapyziała. Najbardziej zakochaliśmy się w różnego rodzaju pierożkach i chińskich bułeczkach z mięsnym nadzieniem, które konsumowaliśmy po trzy razy dziennie.
Ceny w restauracjach były dość niskie, a wyjątek stanowiły jedynie te pod Chińskim Murem. Za porcję pierożków (zwykle 8-10 sztuk) płaciliśmy około 15 juaów* (8 zł). Dania z ryżem albo nudlami wahały się w okolicach 40 juanów (22 zł). Kaczka to troszkę droższa sprawa, bo trzeba za nią było zapłacić około 120 juanów (67 zł). Najlepsza taktyka, to zamówić kilka dań (zależy od liczby osób) i po prostu się dzielić, aby wszystkiego skosztować.
Wybór z restauracyjnego menu może okazać się dość trudny, jeżeli nie zawiera ono także zdjęć potraw. Nie myślcie, że zapytacie o radę kelnera, ponieważ ten nie komunikuje w innym języku niż chiński. Jedyną pomocą może być translator (o ile przygotowaliście się lepiej niż my i dysponujecie działającym Internetem). W restauracjach NIE DA się też płacić kartą ani inną walutą niż juany. Wiem co mówię, próbowaliśmy – pani zapytała z jakiego to kraju, gdy zobaczyła EURO… Mówiąc „restauracje” mam też na myśli McDonald – tam też się nie da. Jeśli wiec nie chcecie chodzić po Pekinie głodni, szukając kantoru – przygotujcie się lepiej niż my.

Pierożki dobre na każdą porę dnia – na śniadanie, obiad i kolację
Klasyczne menu w restauracji
Owoce w słodkim syropie a’la „lizaki”

Ceny

Ogólnie rzecz biorąc ceny w Pekinie są dość umiarkowane. Myślę, że dla mieszkańców są one dużo niższe, niż dla turystów, którzy nic nie rozumieją z Chińskiego menu i nie mają przy sobie Google Translate. Ceny w restauracjach wypisałam już w sekcji „jedzenie”. Nie notowałam sumiennie wszystkich cen w sklepach, ale z tego co pamiętam, to było dosyć tanio. Jedyna rzecz, która utkwiła mi w pamięci to piwo – 0,5 litra to 6 juanów (3,50 zł). W sklepach oczywiście dało się płacić jedynie gotówką i ewentualnie AliPay. My nie mieliśmy na te trzy dni założonego konta, ale jeśli ktoś wybiera się na dłużej, to może warto sprawdzić jak to działa.

Jeżeli chodzi o wstępy do poszczególnych atrakcji to dla przykładu wejście na Wzgórze Węglowe kosztowało zawrotne 2 juany (1,16 zł), do Pałacu Letniego 20 juanów (11,60 zł), na Wielki Mur Chiński pieszo można było wejść za 40 juanów (23zł), wyciągiem 100 (58 zł) juanów w jedną stronę, 120 (69 zł) juanów w dwie strony.

Noclegi

Nasz nocleg znalazłam dosyć przypadkowo. Nie korzystałam z żadnych rekomendacji. Moje kryteria przy wyborze były następujące – hotel/hostel ma być blisko „centrum”, z dwuosobowym pokojem, który jest w miarę czysty i w znośnej cenie. Nie szukaliśmy niczego „ekskluzif”, ale rzecz jasna nie celowaliśmy też w najtańsze oferty, ponieważ nie lubimy dzielić pokoju z karaluchami. W rezultacie zatrzymaliśmy się w hostelu, który nazywał się Beijing Granary International Hostel i był położony bardzo blisko głównego wejścia do Zakazanego Miasta oraz ulicy słynącej jako „food market”. Za dwuosobowy pokój z łazienką zapłaciliśmy około 30 euro za noc. Nie uważam, aby była to wygórowana cena, wręcz przeciwnie, całkiem spoko jak za taką miejscówkę.

Transport

Po Pekinie najlepiej poruszać się metrem, autobusem lub pieszo. Szczyt komunikacyjny ma miejsce pomiędzy 7:30, a 8:00 rano i później po 17. Wtedy lepiej wybrać się na spacer. Komunikacja miejska nie jest droga i można nią dotrzeć do wszystkich atrakcji turystycznych. Dla przykładu droga na Chiński Mur kosztowała nas 34 juanów/osoba (metro i dwa autobusy), przy czym komercyjne wycieczki były o wiele, wiele droższe i rzecz jasna nie zapewniały takich super wrażeń jak podróż z miejscowymi, którzy nie mówią ani słowa po angielsku, ale i tak chcą pomóc zagubionym turystom bez mapy znaleźć właściwy przystanek (wszystkie nazwy wypisane i wymawiane są oczywiście po chińsku).

Zaskoczyć może też załoga autobusu w składzie – kierowca (rzecz jasna), pani wykrzykująca nazwy przystanków (po chińsku), pan lub pani sprzedający bilety, a gdyby tego było mało, to jeszcze na dodatek strażnik. Spowodowane jest to już wcześniej wspominanym „brakiem bezrobocia”.

w drodze na Chiński Mur
Metro

Lotnisko i wiza

Pociąg z lotniska kursuje całkiem sprawnie. Za niecałe 20 minut znajdziecie się na stacji Dongzhimen, w sercu Pekinu, skąd bez problemu dojedziecie metrem do każdego zakątku miasta. Cena za pociąg to około 25 juanów (14 zł) i można zapłacić jedynie gotówką (suprise, suprise! ;))

Jeżeli chodzi o wymianę walut, to zwykle lotniska nie mają zbyt dobrych ofert dla turystów. Z własnego doświadczenia sugeruję zaopatrzyć się w gotówkę już na lotnisku. Z szukaniem kantora w mieście może być różnie (być może to tylko my mieliśmy takie ciężkie przeżycia), a kurs na lotnisku był całkiem dobry. Warto zapisać sobie jeszcze przed wylotem czego mielibyśmy się spodziewać, żeby łatwo było oszacować, czy wymiana jest korzystna.

Kolejną ważną sprawą jest wiza. Chińskie prawo wizowe pozwala pasażerom z 53 krajów (w tym Polski) na 72-godzinową przesiadkę w Pekinie lub Szanghaju, bez konieczności posiadania wizy. Warunkiem jest oczywiście okazanie zakupionych wcześniej biletów do dalszej destynacji, wypełnienie kilku wniosków i odczekanie dłuuuuugiej kolejki na lotnisku. Myślę, że jest to świetna opcja jeśli ktoś wybiera się gdzieś dalej. Szczególnie, że linie lotnicze Air China mają bardzo okazyjne ceny biletów do różnych ciekawych destynacji.

Podsumowując…

Nasze odczucia są mocno „przesiąknięte” tym, że tak naprawdę nie byliśmy na Chiny dobrze przygotowani. Całą swoją energię przeznaczyłam na planowanie idealnej trasy po Nowej Zelandii, nie przejmując się ani trochę tymi nieistotnymi trzema dniami w Pekinie. Z tego powodu przytrafiło się nam wiele „faili” takich jak wymiana zbyt małej ilości pieniędzy, brak Internetu, czy fakt, że nie odwiedziliśmy Zakazanego Miasta, bo w poniedziałki jest ono po prostu nieczynne. Mam więc nadzieję, że dzięki temu wpisowi uda się Wam nie powtórzyć naszych błędów, jeżeli wybierzecie się do Chin.
Mimo wszystko uważam, że była to dla nas bardzo pouczająca podróż. Dzięki tym krótkim trzem dniom, w których mogliśmy obserwować życie mieszkańców Pekinu, doceniliśmy jeszcze bardziej wszytko co mamy i za co powinniśmy być wdzięczni żyjąc w Europie. Nie chodzi wyłącznie o rzeczy materialne, ale także o najzwyczajniejszą obywatelską wolność.

O wszystkim co zobaczyliśmy w Pekinie i o tym jak dostać się na Chiński mur transportem publicznym napiszę Wam następnym razem 🙂

* Zastosowany w całym tekście kurs juany – złotówki z dnia 22.10.2020.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *