Śladem karaluchów, gwiazd i bezdomnych w Mieście Aniołów

Jednym z miast na które czekałam najbardziej podczas mojego wyjazdu do Ameryki było Los Angeles. Wyobrażałam sobie jakie musi to być super miejsce, skoro to właśnie tam mieszka tylu znanych i bogatych ludzi, a samo miasto przedstawiane jest w pop kulturze jako ziszczenie amerykańskiego snu. Równie wielkie jak oczekiwania było moje rozczarowanie, kiedy okazało się, że tak naprawdę Los Angeles jest brudne i niebezpieczne, a w dodatku pełne karaluchów i bezdomnych.

Już sam początek mojej wizyty był dość stresujący. Mój hostel usytuowany był w Downtown, które jest dobrym punktem wypadowym, ale nie oszukujmy się – zdecydowani nie jest najlepszą osiedlową dzielnicą LA. Po przyjeździe z Vegas, miałam dostać się tam autobusem, który według planu odjeżdżał z głównego dworca. Był późny wieczór, po autobusie „ani widu ani słychu”, a ja z wszystkimi moimi walizami chodziłam tam i z powrotem nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Wokoło plątało się paru podejrzanych typków, a mijająca mnie starsza pani poradziła, abym jak najszybciej zniknęła, jeżeli chcę dowieźć wszystkie swoje rzeczy do domu. Trochę spanikowałam i stwierdziłam, że lepiej zapłacić za taksówkę, niż zginąć tam na ulicy za garść dolarów i telefon. Na szczęście trafiłam na miłego, starszego pana taksówkarza, który odstawił mnie bezpiecznie pod hostel za całkiem rozsądną kwotę i poradził na siebie uważać.

DOWNTOWN

Pierwszą dzielnicą , którą zobaczyłam w Los Angeles było więc Downtown. Niezbyt zachęcająca wizytówka – można powiedzieć. Spacerując po tej dzielnicy mija się drapacze chmur, dziwne sklepy i leżących na chodnikach bezdomnych. Nie warto zatrzymywać się na dłużej na na przejściu dla pieszych, czekając na zielone światło, ponieważ między nogami zaczną nam biegać karaluchy.
Jeszcze 20 lat temu Downtown borykało się z ogromnym problemem narkomanii i przestępczości, a ducha tej właśnie przeszłości da się odczuć na ulicach do dnia dzisiejszego (szczególnie gdy wieczorem wraca się do hostelu po całodniowej wycieczce). Rewitalizacja tej dzielnicy zaczęła się tak naprawdę niedawno, a widać ją na przykład w Arts District, czyli coraz modniejszej, hipsterskiej okolicy pełnej galerii sztuki, kawiarni i knajp. W Downtown znajduje się jeden z punktów widokowych na panoramę Los Angeles, a mianowicie widokowy ratusza L.A. City Hall, do którego wstęp jest darmowy.

Muszę przyznać, że miasto jak miasto, nie zrobiło na mnie specjalnego wrażenia. Wszędzie szaro i betonowo. Najlepszym punktem w okolicy naszego hostelu było zdecydowanie China Town, gdzie można kupić pyszne bułeczki za dolara i niedrogie pamiątki.

HOLLYWOOD

Jednym z obowiązkowych punktów w zwiedzaniu Los Angeles jest słynna Walk of Fame z wbudowanymi w chodnik gwiazdami, które upamiętniają znane osobistości ze świata show-businessu. We wszystkich sklepikach dookoła można zakupić mapę, która pomogła znaleźć gwiazdy ulubieńców (mapę online można znaleźć tutaj). Bulwar jest dość zatłoczony i brudny. Wszędzie jest pełno turystów i różnego rodzaju naganiaczy poprzebieranych za ikony ze świata muzyki i filmu, a także tych oferujących wycieczki po Hollywood. Legenda głosi, że z autobusu wycieczkowego widać za mur, chroniący prywatność znanych osobistości, więc turysta ma szansę dostrzec w oddali ulubioną gwiazdę. My jednak nie skorzystałyśmy z tej „jedynej w swoim rodzaju okazji”, ponieważ w naszym ciasnym budżecie nie było miejsca na tego rodzaju rozrzutność. Pospacerowałyśmy, kupiłyśmy chińskie magnesy, zrobiłyśmy kilka fotek i tyle. Słynna aleja gwiazd zaliczona. Koniec końców, moim skromnym zdaniem bardziej urodziwa jest ta nasza, w Świnoujściu…

GRYFFIN OBSERVATORY

Piękny widok na szare i brudne LA to widok z Griffith Observatory , czyli obserwatorium astrologicznego położonego na a południowym zboczu góry Hollywood. Panorama miasta z góry prezentuje się zjawiskowo, szczególnie po zachodzie słońca, gdy Downtown rozżarzy się milionem świateł. Magiczny jest również pełen ławeczek Griffith Park, gdzie rozgrywało się wiele scen z filmu „LaLaLand”.

Do obserwatorium można dojechać samochodem, ale ja wybrałam się tam pieszo. Nie pamiętam już z którego przystanku autobusowego wyruszyłyśmy, ale pamiętam doskonale, że droga na górę jest dość męcząca. Nie chodzi o to, że podejście jest strome lub wymagające, ale o to, że kalifornijskie słońce ostro daje popalić podczas wędrówki. Mimo to, uważam, że warto wybrać się na hiking i to nie tylko dla wspaniałych widoków. Po drodze na szczyt mija się wiele willi znanych osób, więc może przy odrobinie szczęścia uda się zobaczyć jedną ze sław 😉

Ja do dziś nie wiem czy mi się to właściwie udało czy też nie, ale mam związaną z tym historię. W drodze powrotnej, gdy schodziłyśmy z koleżanką z góry, zatrzymałyśmy się, bo do bramy wjazdowej skręcało właśnie auto. Kierowca również przystanął, czekając aż mechanizm umożliwi mu wjazd do posiadłości i zerknął w naszą stronę, a my oniemiałyśmy. Albo zadziałało placebo, albo naprawdę widziałyśmy przed sobą aktora znanego z tytułowej roli w serialu Doktor House. Ciężko powiedzieć, ale tego spojrzenia nie da się raczej pomylić z nikim innym. W każdym razie jeszcze chwile po tym jak auto zniknęło z naszego zasięgu widzenia, dalej stałyśmy tam trochę w szoku, a trochę pod wrażeniem. Nigdy nie dowiemy się czy to faktycznie był ON, ale punkt na bucket list „Spotkać gwiazdę w LA” uważam za spełniony.

BEVERLY HILLS

W przeciwieństwie do innych części miasta, Beverly Hills jest aż przesadnie zadbane i sterylnie czyste. Pełno tam luksusowych sklepów, pięknych willi i stylowo ubranych ludzi. To w tej najbardziej prestiżowej dzielnicy mają swoje domy aktorzy, reżyserzy i piosenkarze. Tutaj też nakręcono popularny w latach 90 serial Beverly Hills 90210 o bogatych, amerykańskich nastolatkach.

Będąc w Beverly Hills, koniecznie trzeba przespacerować się słynną Rodeo Drive, gdzie witryny ekskluzywnych butików przyciągają wzrok przechodniów. To tutaj rozgrywało się wiele kultowych scen filmowych, jak na przykład ta z Julią Roberts w „Pretty Woman”, gdzie ekspedientki wyprosiły graną przez nią bohaterkę ze sklepu, na drugi dzień gorzko żałując swego błędu.

Ja niestety na zakupy na Rodeo Drive wybiorę się może następnym razem, a tymczasem szczytem ekskluzywności i ekstrawagancji była dla mnie zakupiona w Beverly Hills kawa w Starbucksie.

Świetnym miejscem na chwilę odpoczynku i chociaż momentalną ucieczkę przed palącym słońcem jest Beverly Gardens Park, gdzie można również pstryknąć sobie fotkę pod napisem Beverly Hills.

PLAŻE

Na koniec, jako wisienkę na niezbyt udanym torcie, zostawiłam swoje ulubione miejsce w LA, a mianowicie Venice Beach. Po wszystkich dotychczasowych rozczarowaniach, Venice było jedynym pozytywnym zaskoczeniem. Pomimo iż pełno jest tam turystów i niektóre miejsca są dość kiczowate (jak na przykład park rozrywki na molo w Santa Monica), to Venice ma specyficzny klimacik i swego rodzaju „vibe”, który bardzo mi się podobał. Skate park pełen młodzieży na deskorolkach, dziewczyny spacerujące po promenadzie w bikini, ocean, plaża i te kultowe budki z ratownikami znane ze Słonecznego Patrolu… Jeżeli będziesz zastanawiać się kiedyś gdzie w Los Angeles się zatrzymać, to może warto pomyśleć nad Venice. Co prawda, jest to dość spory kawałek do centrum, ale za taki widok z okna można się poświęcić i posiedzieć trochę dłużej w autobusie.

Z Venice warto przespacerować się plażą do Santa Monica, gdzie znajduje się piękne molo ze wspomnianym wcześniej lunaparkiem, a także ławeczka z filmu „Forrest Gump” na której można zrobić sobie zdjęcie.

Będąc w LA odwiedziłam jeszcze jedną plażę z której mam całkowicie inne wrażenia. Long Beach, bo o niej właśnie mowa, jest w moim odczuciu strasznie nudna, pełna emerytów i trochę brudna. Po plaży walały się tu i ówdzie śmieci i wszędzie było pełno niesprzątniętych glonów. Woda także nie należała do najczystszych, więc zdecydowanie nie polecam, szkoda czasu.

Na koniec mogę szczerze przyznać, że Los Angeles jest dla mnie miastem ogromnie przereklamowanym, a jego obraz w mediach jest niesamowicie wybielony. Jasne, ma kilka perełek, ale nie są one w stanie przyćmić mojego ogólnego odczucia. Uważam, że podobnie jak w przypadku Vegas – byłam, widziałam i myślę, że jeżeli wrócę kiedykolwiek do Stanów, to LA nie znajdzie się już na mojej liście. W Ameryce są miejsca o wiele bardziej interesujące, jak chociażyby San Francisco, o którym mowa będzie już w następnym poście z tej serii.

Like & Share
error

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *