Ślub w Nowej Zelandii, czyli alternatywa dla klasycznego wesela. Co, jak i za ile?

To czyste szaleństwo! Jak to sobie wyobrażacie?! Brać ślub bez rodziców?! Dalej się nie dało? Nie będzie wam później żal, że nie mieliście prawdziwego wesela?

ALBO

Wow, super pomysł! Też bym tak zrobiła, gdybym wychodziła drugi raz za mąż! Wesele to zmarnowane pieniądze! Lepiej wykorzystać je na podróże, bo i tak połowa gości jest niezadowolona. Właściwie to jest Wasz dzień i ważne, abyście przeżyli go po swojemu.

Jak możecie się domyślić nasz pomysł ze ślubem w Nowej Zelandii wzbudził dość sprzeczne reakcje i choć spodziewaliśmy się, że spadnie na nas lawina komentarzy od wszystkich, którzy chcieli nam „dobrze doradzić”, to dzielnie trzymaliśmy się swojej wersji. Największym zaskoczeniem, było dla mnie ogromnie ciepłe przyjecie w Polsce i dramaturgiczne sceny z płaczem i krzykiem reprezentowane stroną czeską. Kto by się spodziewał, że nasz wierny tradycji disco-polo-wódko-weselny naród jest przygotowany na tego typu innowatorskie interpretacje zawarcia związku małżeńskiego? Też byłam w szoku…

Dlaczego akurat Nowa Zelandia?

Już dawno temu postanowiliśmy sobie, że jeśli kiedykolwiek weźmiemy ślub, to na pewno nie chcemy organizować wesela. Po wcześniejszych doświadczeniach naszych znajomych i rodziny, związanych z rezerwacją sali, wyborem menu, doborem koloru kwiatów i tworzeniem porządku zasiadania gości przy stole – zgodnie uznaliśmy, że to nie dla nas. Nie chcieliśmy stracić pół roku na planowanie, które i tak byłoby dość utrudnione ze wszystkim dobrze znanych powodów geograficznych (Polska-Czechy-Holandia). Ponadto jestem w pełni świadoma mojej introwersyjnej osobowości i wiem, że wielkie imprezy to dla mnie przede wszystkim stres. Po co więc się męczyć będąc centrum zainteresowania wszystkich wokoło? Lepiej wyruszyć przed siebie i spędzić ten wyjątkowy dzień tak, jak sobie to wymarzyliśmy.

A najbardziej zawsze marzyliśmy o Nowej Zelandii. Znaleźliśmy więc tanie bilety od Air China i się zaczęło… Potrzebowaliśmy tylko akceptacji i zrozumienia ze strony rodziców (to było dla nas najważniejsze) i mogliśmy pakować walizki 😉

Planowanie ślubu

Skupmy się na samym wydarzeniu, bo planowanie całej wycieczki to temat na inny, długi post. Zaplanowanie ślubu w Nowej Zelandii wcale nie jest takie trudne. Jeśli dysponuje się odpowiednim budżetem, to można wybierać między helikopterami, ekskluzywnymi hotelami i innymi ślubnymi atrakcjami. Nam jednak na tym nie zależało. Chcieliśmy coś bardzo prostego, chcieliśmy powiedzieć sobie „tak” otoczeni piękną przyrodą, a później zjeść dobry obiad w lokalnej knajpce i po prostu miło spędzić ten niezapomniany dla nas dzień. Mając takie wyobrażenia zabrałam się za ich realizację…

Jak to ogarnąć?

  1. Wybrać miejsce
    Po pierwsze i najważniejsze musicie się zastanowić, czy marzycie o ślubie w górach, czy też ceremonii na plaży. A może macie jeszcze inne pomysły? W każdym razie, należy wybrać jakąś lokalizację. W ten sposób zwęzi się potencjalna lista fotografów/agencji ślubnych, które będziecie kontaktować. Ważne też, aby miejsce, które wybierzecie nie kolidowało z planem wycieczki (np. zwiedzamy tylko północną wyspę, ale ślub chcemy mieć w Queenstown).
    Największą ilość agencji i fotografów ślubnych w Nowej Zelandii można znaleźć w okolicach Auckland i Queenstown/Wanaka, ale myślę, że gdyby ktoś wymarzył sobie zdjęcia na Tongariro, to za odpowiednią sumę dałoby się to zorganizować.
    My wybraliśmy Queenstown trochę w ciemno, ale był to przysłowiowy „strzał w dziesiątkę”. Przepiękne zaśnieżone szczyty, które spływały do lazurowego jeziora Wakatipu – bajka! Nie mogłam sobie wymarzyć nic piękniejszego.
  2. Rodzaj ceremonii
    W Nowej Zelandii można wziąć legalny ślub, który po powrocie należy zarejestrować w urzędzie stanu cywilnego w Polsce. Do tego typu ceremonii należy przygotować wcześniej wszystkie potrzebne dokumenty, których niestety Wam tutaj nie wymienię, bo nie był to nasz przypadek 😉 Z racji tego, że musielibyśmy dostarczyć dokumenty z trzech różnych państw, które wcześniej zostałyby przetłumaczone przez tłumacza przysięgłego na język angielski (na co nie za bardzo mieliśmy czas przed wyjazdem) zdecydowaliśmy się na „elopement wedding”. Udzielił go nam urzędnik dający normalne śluby cywilne, ale zamiast podpisywać prawdziwe dokumenty, dostaliśmy tylko pamiątkowy certyfikat, który nie ma żadnej wartości prawnej. Był to trochę taki „ślub na niby”, ale dla nas jak najbardziej naprawdę 😀 Ta wersja była też oczywiście tańsza (hurra) i mniej problemowa.
    Z „legalnym ślubem” postanowiliśmy nie wykraczać za granicę Unii Europejskiej. Było to dla nas po prostu łatwiejsze (a przynajmniej tak nam się wydawało we wrześniu 2019). Nikt nie spodziewał się wtedy, że z powodu światowej pandemii ślub cywilny będziemy musieli dwa razy przekładać…
  3. Wybrać fotografa i pakiet
    Kiedy już wiemy gdzie i jaki ślub chcielibyśmy mieć, przychodzi moment na wybranie fotografa. To najbardziej żmudna część całej organizacji, która wymaga odwiedzenia wielu stron internetowych i napisania jeszcze większej ilości maili (na szczęście na początku to tylko „kopiuj – wklej”). Należy porównać ceny, czas jaki jest nam przeznaczony, jakość i ilość zdjęć które otrzymamy oraz wszystkie dodatkowe usługi zawarte w pakiecie. Nie zapomnijcie sprawdzić, czy ceremonia i osoba udzielająca ślubu jest również wliczona w cenę, czy płacimy tylko za zdjęcia, a resztę musimy zorganizować sami. Ceny są najróżniejsze i najczęściej nie są podane na stronie internetowej (stąd ta wielka ilość maili). Ważne są też nasze preferencje dotyczące np. miejsca ceremonii. Ta w ekskluzywnym hotelu z widokiem na góry i noclegiem będzie dużo droższa niż ta, którą wybraliśmy my – na publicznej plaży u brzegu jeziora.
    Z wielkiej puli fotografów wybraliśmy naszego faworyta, z którym w ostateczności podpisaliśmy umowę. Mogę zostawić Wam link, bo byłam bardzo zadowolona z jego usług – tutaj znajdziecie jego stronę.
    Za dwie godziny fotografowania w trzech różnych miejscach (około 100 fotek) + ceremonię (bez legalizacji) na brzegu jeziora + transport + makeup i fryzura zapłaciliśmy 2200 nowozelandzkich dolarów. Oferta ta była jedną z najtańszych (bez wymyślania i bez helikoptera) Myślę, że jest to świetna cena, która nie licząc garnituru, sukienki i moich piwonii za 10 dolarów, pokrywała właściwie całe koszty naszego ślubu. Porównując do kosztów tradycyjnego wesela… Albo raczej nic nie będę mówić, sami wiecie 😉
  4. Dodatkowe atrakcje i usługi
    Widoki z helikoptera i zdjęcia na szczytach gór są magiczne, ale cena za taką atrakcję niestety zwala z nóg. Pakiet z helikopterem zaczyna się w okolicach pięciu, sześciu tysięcy nowozelandzkich dolarów i pnie się w górę wraz z dodatkowymi usługami, większą liczbą międzylądowań lub dłuższym czasem lotu.
    Z nóg zwaliła mnie również cena za bukiet ślubny, którą zaproponował mi nasz fotograf – 250$ za bukiet + 150$ za wianek. Przekonana o tym, że na pewno znajdę coś tańszego zaczęłam pisać do lokalnych kwiaciarni, które albo nie miały już terminów, albo proponowały jeszcze bardziej „okazyjne” ceny. Historia skończyła się tak, że wianek przywiozłam sobie z domu (zakupiony na Etsy), a kwiatki zrobiłam sobie sama z kupionych w markecie piwonii i tego co udało nazbierać mi się na łące.
    Kolejnym bonusem, który warto wziąć pod uwagę jest fryzjer i kosmetyczka. Najlepiej, gdy usługa jest już zagwarantowana w „ślubnym pakiecie” i nie trzeba za nią dodatkowo dopłacać. Jeśli nie jest, należy powtórzyć historię z fotografem – napisać maile do wszystkich salonów, porównać ceny i portfolio, a głównie zarezerwować z wyprzedzeniem, bo można się spodziewać, że kiedy już tam będziemy to nie będzie wolnych miejsc na wybrany termin. W naszym pakiecie serwis fryzjerko-kosmetyczki był na szczęście zagwarantowany. Nigdy nie wiadomo co stworzy Ci na głowie eksperymentalna fryzjerka, ale w moim przypadku byłoby to zawsze lepsze od tego co stworzyłabym sama.


    Dodatkowe usługi i atrakcje można wymyślać w nieskończoność – zdjęcia na farmie lam, na grzbietach koni, kwiatowy łuk, nagranie wideo, nagranie z drona… Wszystko da się zorganizować, a ślubne agencje z radością to dla Was załatwią za kilkaset dodatkowych dolarów. Czasami warto jednak poszukać innych, kreatywnych rozwiązań lub spróbować organizacji na własną rękę. Bukiet kwiatów za 250 dolarów wolałam wymienić na pływanie z delfinami w Picton, a za helikopter zapłaciliśmy chyba wszystkie nasze noclegi 😉
    Na szczęście za przepiękny nowozelandzki krajobraz nie trzeba płacić, więc i bez dodatkowych atrakcji ślubne zdjęcia dają radę 😉

Nasze wrażenia

Ślub w podróży zawsze był moim marzeniem i nie zamieniłabym go na nic innego. Jestem szczęśliwa, że tak to wymyśliliśmy no i że wszystko się udało (jeszcze przed koroną). Wbrew wszystkim sceptycznym komentarzom naszych krytyków, zdecydowanie nie żałuje swojej decyzji i chętnie jeszcze raz powiedziałabym „tak” nad brzegiem jeziora w Queenstown. Może to trochę samolubne, ale myślę że był to przede wszystkim nasz dzień i cieszę się, że przeżyliśmy go razem w spokoju, nie musząc zabawiać gości wokoło i martwić się, czy wszystkim na pewno się podoba.

Moim skromnym zdaniem każdy powinien zaplanować ślub w zgodzie ze sobą. Jeżeli ktoś, tak jak ja, nie lubi wielkich imprez, to tego rodzaju ceremonia jest spełnieniem marzeń. Inni natomiast nie wyobrażają sobie nie zaprosić 300 gości i hucznie świętować wyjścia za mąż. No i dobrze, każdy jest inny i powinniśmy to uszanować. Dlatego też, zawsze wspieram nowożeńców w ich decyzji i dopinguje przygotowania do ślubu (choć wiem, że może sama postąpiłabym inaczej). To jest ich dzień, to oni mają być szczęśliwi i nikomu nic do tego.

Mam nadzieję, że tym krótkim wpisem podsumowałam temat ślubu w Nowej Zelandii. W razie jakichkolwiek pytań od zainteresowanych takim wydarzeniem, chętnie pomogę, albo chociaż się postaram. Możecie pisać w komentarzach lub na Instagramie. 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *