Tego jeszcze nie było, czyli Turcja all inclusive

Nasza ostatnia wycieczka była zdecydowanie inna niż wszystkie poprzednie, a to dlatego że tym razem wybraliśmy się na wakacje all inclusive. Od czasu gdy zaczęliśmy razem podróżować, jeszcze nam się to nie zdarzyło… Ja ostatni raz byłam na takim wyjeździe gdy miałam jakieś 15 lat, a David kilka lat temu (bo jego ex nie była typem podróżnika 😛). Skąd wziął się taki pomysł? Wszystkiemu winny jest kolega z siatkarskiej drużyny Davida, który organizuje ten wyjazd co roku. Główną atrakcją wakacji była oczywiście siatkówka plażowa i tym udało mu się nas „kupić”. Dodatkowym plusem był dosyć niski koszt, bo cały wyjazd wraz z biletami lotniczymi wyszedł nas około 400 euro od osoby. To niedużo, szczególnie gdy polskie biura podróży wycieczkę do tego samego hotelu, w tym samym terminie, oferowały za cenę od 2500 złotych wzwyż.

Cena była niska, ponieważ jechaliśmy przed sezonem, a dodatkowo lecąc z niektórych krajów (np. Belgia, Holandia, Austria, Niemcy) można liczyć na zniżkę wynikającą, jak zostało nam wyjaśnione, ze specjalnej umowy między wyżej wymienionymi krajami, a Turcją. W późniejszym czasie dowiedzieliśmy się na czym ta magiczna zniżka polega. Otóż… właściciele hoteli przy opcji all inclusive najwięcej pieniędzy tracą na alkoholu, nie jak można by przypuszczać, na jedzeniu… Domyślasz się już dlaczego Czesi, Rosjanie i Polacy nie dostają zniżki na all inclusive…? No właśnie…

Hotel Club Kastalia

Jeśli już jesteśmy przy temacie hotelu, to ciężko by było zapomnieć o nim wspomnieć, gdyż spędziliśmy w nim 90% czasu z całego naszego pobytu. Nigdy jeszcze nie miałam okazji mieszkać w pięciogwiazdkowym hotelu i mogę powiedzieć, że zrobił na mnie wrażenie. Jestem przyzwyczajona do spania w namiocie, na tanim airbnb lub w hostelu i nigdy mi to nie przeszkadza, wręcz przeciwnie – czasami jest to niezła przygoda. Jasne, że żadna z powyższych opcji noclegowych nie dysponuje basenem – czasami ciężko nawet o łazienkę, a w Kastalii mieliśmy aż TRZY wielkie baseny i morze w pakiecie. Prawdziwe „ol ekskluzif”. Oczywiście cały teren hotelu był tak piękny, że idealnie nadawał się na background pod Insta fotki #outfitoftheday. Niestety w moim bagażu zabrakło pięknych letnich sukienek i kapeluszy z wielkim rondem, co gorsze nie miałam ze sobą nawet sandałków na wysokim obcasie. Wszystko na nic, żaden „fejm”… 😛

Widok z mojej ulubionej miejscówki nad basenem
Dzięki temu, że hotel miał formę „domków” nie odczuwałam takiego przytłoczenia jak w wielopiętrowych kolosach z 300 pokojami

W każdym razie to że hotel był piękny to jeszcze nic, ale to jedzenie! Pisałam już kilka razy o tym, że uwielbiam jeść i często w podróży szukam nowych smaków. Tutaj nie trzeba było niczego szukać, wszystko było podstawione pod nos. Już samo to, że ktoś przygotuje dla Ciebie posiłek, a później jeszcze posprząta jest szczytem marzeń każdej CHPD (po rozszyfrowanie skrótu odsyłam tutaj), a kiedy do tego jest to jeszcze TAK dobre i wliczone w cenę, to nagle wszystkie diety zostają automatycznie przełączone na tryb „zacznę znowu po wakacjach, a najlepiej od poniedziałku”. 

Najlepsza część bufetu z baklawą na czele

Aby spalić choć część tych kalorii, cała ekipa grała w siatkówkę plażową na dwóch zarezerwowanych dla nas kortach. Hotel dysponował około trzydziestoma kortami, na których uganiało się za Mikasą wielu Holendrów, Finów i Niemców. Podobno do tego hotelu przyjeżdżają na przedsezonowe obozy przygotowawcze nawet profesjonalni gracze. Co to oznaczało dla mnie? No cóż… cały basen na własność. Mogłam w spokoju oddawać się pasji czytania książek (przeczytałam dwie – i , ale szczerze mówiąc bez szłu) i udawania, że umiem pływać. Żeby jednak nie było, że cały dzień leżałam brzuchem do góry, to chodziłam też na wodny aerobik (!) i sama byłam zaskoczona, że tak mi się podobało. Generalnie podsumowując – lenistwo i obżarstwo na całego.

Oprócz tego hotel oferował wieczorne atrakcje dla gości, które naprawdę miały wysoką jakość (serio!). Pokaz samby, akrobacje cyrkowe, mecz Ajaxu na dużym  ekranie (tutaj ta jakość troszkę kulała, ale to bardziej z winy samych piłkarzy, niż animatorów…) Każdy wieczór w programie było coś interesującego.

Wszystkie te atrakcje sprawiały,  że w zasadzie nie czuło się potrzeby, aby wyjść „na zewnątrz”. Niczego nam nie brakowało i dla niektórych pewnie byłyby to idealne wakacje, ale ja gdzieś w środku cały czas czułam  wewnętrzny głosik, który szeptał „jesteś w nowym kraju, dlaczego nie poznajesz jego kultury? Dlaczego nie zamówiłaś jeszcze najbardziej typowego dla regionu jedzenia? Dlaczego nie wyruszyłaś zobaczyć jaką wspaniałą przyrodą i zabytkami dysponuje to miejsce?”…

Wycieczka do Alanyi

To uczucie, że cały czas coś tracę zmusiło mnie do interwencji i zorganizowania choć małej wycieczki do pobliskiej Alanyi, oddalonej zaledwie o 13 kilometrów od naszego hotelu. Zabawne, że nikomu za bardzo nie chciało się z nami jechać. Ostatecznie udało nam się namówić 3 Holendrów, aby do nas dołączyli. Wyruszyliśmy miejskim busem i powiem szczerze, że moim zdaniem było to najbardziej tureckie przeżycie z całego wyjazdu. Poczułam taki gruziński vibe, kiedy do niedużego forda udało się napchać około czterdziestu osób, byle tylko zamknęły się drzwi. Jeszcze trochę i pan kierowca potrzebowałby pomoc w postaci tych „popychaczy” z metra w Tokio. Niestety Holendrzy nie byli tak podekscytowani jak ja i w podróż powrotną to oni wcisnęli mnie w taksówkę.

Wracając do samej Alanyi, to zdecydowanie wzbudziła we mnie ciekawość. Lubię takie szalone miasta, które żyją własnym życiem. Choć nie jest najpiękniejsze miejsce jakie widziałam i niestety całkowicie opanowane przez turystów i naganiaczy (na szczęście było to jeszcze przed sezonem), to zrobiło mi „smaka” na zobaczenie Istambułu.

Widok na Alanyę ze wzgórza zamkowego
Ruiny zamku
Mury obronne na wzgórzu
Oczywiście trzeba było spróbować innego jedzenia niż w hotelu (jakbyśmy tam mieli mało) i co? I też było pyszne!
Koszula od Louis Vuitton a może torebka od Chanel? Ja chyba jednak zostanę przy Primarku…

Do zwiedzenia mogę polecić ruiny zamku (piękne widoki) i port. W zasadzie oprócz obiadu w jednej z miejscowych restauracji, nie zdążyliśmy zobaczyć nic innego. Zdążyliśmy za to iść na zakupy. Jak powszechnie wiadomo Alanya to królestwo wszelkiego typu podróbek. Nie uległam owczemu pędu i nie wróciłam do domu z torebką Louis Vuitton, ba nie kupiłam nawet fejkowych Conversów. Turecki przemysł odzieżowy kusił ceną (niekoniecznie designem), ale na szczęście mamy w Eindhoven Primark, więc po tanie ciuchy mogę się wybrać w wolnym czasie właśnie tam. Przypuszczam, że jakość będzie podobna. W miejsce ubrań przywiozłam przepyszną chałwę, zestaw przypraw, olejek arganowy i jeszcze tytoń do sziszy. To tak gdybyś potrzebował inspiracji na zakupy w Turcji.

Podsumowując

Szczerze mogę przyznać, że pobyt w hotelu jest fajny, ale ja się do tego nie nadaję! Za szybko mnie to nudzi… To prawda, że można się totalnie zrelaksować, ale gdy pomyślę o tym, że niektórzy ludzie potrafią przeleżeć nad tym samym basenem dwa tygodnie, to trochę mnie to przeraża. Ja ciągle wolę ten dreszczyk emocji przy samodzielnej organizacji wyjazdu, polowanie na tanie loty i aktywny wypoczynek. Co dziwne, uwielbiam też zwiedzać i zawsze jestem perfekcyjnie „oczytana” na temat wszystkich atrakcji, które mam zamiar odwiedzić. Może jest we mnie coś z tego przewodnika wycieczek, którym kiedyś chciałam być (skończyłam nawet kurs przygotowawczy!). Wyjazd strasznie traci dla mnie na atrakcyjności, gdy wszystko jest zorganizowane i idzie zgodnie z planem. Cały proces planowania jest już ekscytujący i pomaga mi przebrnąć przez wszystkie moje zmiany w pracy pomiędzy kolejnymi wyjazdami…

Po przyjeździe z Turcji zastanawiałam się nad tym, czy chciałabym znowu tam pojechać w przyszłym roku. Zapytałam też o to Davida i oboje zgodnie stwierdziliśmy, że było fajnie, ale następnym razem wolimy przeznaczyć nasz urlop na coś innego. Szczególnie, że pomysłów nam nie brakuje 😉

Like & Share
error

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *