Tongariro Alpine Crossing, czyli krótko o wycieczce do Mordoru

Pomimo naszych wielkich trekkingowych planów, Tongarioro Alpine Crossing okazało się jedyną całodniową wycieczką w góry, którą udało nam się zrealizować będąc w Nowej Zelandii. Osobiście uważam, że był to jeden z najbardziej zapadających w pamięć momentów całej wyprawy.
Kiedy planowałam naszą wycieczkę po Nowej Zelandii, Park Narodowy Tongariro, był na szczycie listy miejsc, które koniecznie chciałam zobaczyć. Nigdy wcześniej nie wspinałam się na aktywny wulkan, dlatego też byłam tą wyprawą bardzo podekscytowana i mimo iż nasze ślubne obrączki nosiłam w swoim plecaku przez całe trzy tygodnie, to idąc do Mordoru, nie miałam wcale zamiaru ich niszczyć 😉

Park Narodowy Tongariro, w którego skład wchodzą trzy aktywne wulkany – Ruapehu, Ngauruhoe i Tongariro, położony jest na Wyspie Północnej i zajmuje obszar 795,98 km². Ma do zaoferowania kilka tras turystyki pieszej o różnych poziomach trudności, z czego najbardziej znany jest oczywiście Tongariro Alipne Crossing. Trasa ta ma około dwudziestu kilometrów i jest jednym z najpopularniejszych jednodniowych szlaków w całym kraju. Moim skromnym zdaniem nie jest on wcale taki trudny, jak niektórzy go opisują, ale zdecydowanie nie należy go lekceważyć – szczególnie przy niesprzyjających warunkach pogodowych. Czasami lepiej odpuścić i zawrócić, niż doprowadzić do sytuacji, kiedy potrzebna będzie interwencja helikoptera (co niestety zdarza się na tej trasie). Najwyższy punkt, to szczyt wulkanu – Red Crater (1866 m n.p.m.) Niby wcale nie tak wysoko, ale uwierzcie mi, potrafi tam nieźle wiać. My na szczyt wychodziliśmy „na czterech”…
Cała trasa jest świetnie zorganizowana, począwszy od tablic informacyjnych o tym, gdzie aktualnie się znajdujesz i ile zostało jeszcze do przejścia, poprzez świetnie utrzymane chodniki i schody, kończąc na (czystych i darmowych!) toaletach.
Cała wędrówka trwa około 8 godzin, ale po drodze mogą przytrafić się różne rzeczy – jak chociażby zmiana warunków pogodowych. Warto mieć to na uwadze i wyruszyć w trasę już wczesnym rankiem.

Widoki na szlaku nie zawiodą, nawet tych najbardziej kapryśnych. Trekking najlepiej rozpocząć od strony Mangatepopo Rd (co jest rónież oficjalną rekomendacją), ponieważ podejście jest łatwiejsze. Wędrówkę zaczynamy w księżycowej krainie, by po drugiej stronie góry ocknąć się nagle w tropikalnym lesie. Po drodze mijamy również trzy piękne Jeziora Szmaragdowe, i górujące nad nimi Jezioro Błękitne. Klimatu dodają dymiące gdzieniegdzie gejzery. Wisienką na torcie jest oczywiście sam Czerwony Krater z filmową Górą Przeznaczenia, czyli Mt. Ngauruhoe w tle. (Oczywiście, o ile ta nie schowa się za chmurami, tak jak podczas naszej wspinaczki.).
Zmiana krajobrazu po drugiej stronie jest niesamowita i zrobiła na mnie wielkie wrażenie. W jednej chwili świat dookoła zielenieje. Na początku wędrujemy przez trawiaste pola, gdzieniegdzie upstrzone krzewami, a na końcu trasy przedzieramy się już przez piękny, tropikalny las. To naprawdę coś niesamowitego…

Widok na Mordor
Naprawdę nie żartowałam z tymi toaletami
Tablice informacyjne

Jak zorganizować wycieczkę?

Organizacja wycieczki na Tongariro nie jest wcale trudna. Nie można jednak zapomnieć o kilku ważnych rzeczach. Przede wszystkim należy dostatecznie do przodu zorganizować sobie transport. Trasa nie kończy się w tym samym punkcie, gdzie zaczyna, dlatego też koniecznie trzeba wykupić sobie miejsce w busiku, który dowiezie nas na początek trasy i odbierze z jej końca. W Internecie znajdziecie wiele firm oferujących takie usługi. Cena za podwózkę wynosi około 40 dolarów nowozelandzkich od osoby. Nie pamiętam już, którego konkretnie przewoźnika wybraliśmy (pewnie tego, który miał wolne miejsca, bo bookowaliśmy trochę na ostatnią chwilę). Wiem jednak, że mogliśmy zostawić nasz samochód na cały dzień na bezpłatnym parkingu, pod siedzibą naszego przewoźnika. Warto brać pod uwagę tą opcję przy dokonywaniu wyboru.
Przewoźnicy muszą zatroszczyć się również o bezpieczeństwo swoich pasażerów, dlatego też przed wyruszeniem w trasę musisz zostawić przy swoim nazwisku na „liście obecności” kontaktowy numer telefonu. W ten sposób kontroluje się, czy przy ostatnim kursie nie brakuje nikogo, kto wyruszył w góry danego dnia. Przewoźnicy mają obowiązek zaczekać nawet na spóźnialskich.

Jak się przygotować do drogi?

Podstawa to odpowiednie ubranie. Jak już wspominałam, warunki na trasie mogą być bardzo różne. My zaczynaliśmy zachmurzonym porankiem, później przeszedł czas na silny wiatr i śnieg, a na końcu trasy słońce świeciło tak mocno, że porządnie spaliło nam nosy… Polecałabym zabrać ze sobą tak zwany zestaw „na cebulkę”, czyli najlepiej bieliznę termiczną (lub merino), coś cieplejszego – np. polar, a na górę koniecznie nieprzemakalną kurtkę, która również ochroni przed wiatrem. Jeśli chodzi o spód garderoby, to ja nie wyobrażam sobie chodzić po górach w czymś innym niż legginsy (ale to kwestia osobistych preferencji). Ważne, aby mieć wygodne spodnie (mogą być z odpinanymi nogawkami – w zależności od pogody). Nieprzemakalne spodnie schowane w plecaku na czarną godzinę, są również dobrym pomysłem. Ostatnim punktem obowiązkowym są porządne buty do turystyki górskiej. Pomimo iż trasa po części wiedzie po chodnikach i schodach, to znajdą się też nierówności terenu i pułapki dla waszych kostek. Co jeszcze się przyda? Ja miałam ze sobą opaskę na głowę, rękawiczki i oczywiście plecak pełen jedzenia. Następnym razem zabrałabym jeszcze okulary przeciwsłoneczne, a niektórym mogą przydać się także kijki trekkingowe.
Będąc na trasie mijaliśmy kilka osób, które totalnie zignorowały ten podstawowy ekwipunek i będąc w dżinsach oraz bawełnianej bluzie, musieli zawrócić, kiedy wiatr w pobliżu krateru stał się już dostatecznie uciążliwy… Szkoda, bo po drugiej stronie czekało ich wiele atrakcji.

Kolejnym punktem na liście rzeczy, które należy zapakować jest dostateczna ilość jedzenia i wody. Mimo iż moim zdaniem nie była to trudna trasa, to nie jest to też wyprawa na Morskie Oko, gdzie na szczycie krateru raczylibyście się pierogami i smażoną kiełbasą. Należy pomyśleć o kanapkach, a także węglowodanach, które dodadzą siły, kiedy będziecie już zmęczeni. No i oczywiście woda, bez wody ani rusz.

Ostatnia moja uwaga to okulary i krem z filtrem – nawet gdy nie zanosi się na jakiekolwiek przebłyski słońca. Mój spalony nos może potwierdzić, jak ciężko było doprowadzić łuszczącą się skórę (i jej kolor) do porządku jeszcze przed ślubem <facepalm>. Pogoda w górach zmienia się naprawdę bardzo szybko, dlatego też pakując przeciwdeszczową kurtkę pamiętajcie i o kremie z filtrem!

Na krawędzi Czerwonego Krateru
Urokliwe jeziorka w okolicy krateru
Po drugiej stronie krateru przyroda nagle ożywa
Zmiana krajobrazu na końcu trasy
Mt. Ngauruhoe już w pełnej okazałości

Więcej szczegółowych informacji o trasie znajdziecie tutaj (w języku angielskim).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *