„Vegas, baby”, czyli czy warto odwiedzić miasto grzechu?

Od czasu gdy miałam okazję podróżować po Ameryce minęło już ponad trzy i pół roku. Zapewne do dnia dzisiejszego niektóre rzeczy uległy tam zmianie (z pewnością ceny!), ale nie jest to znowu aż tak długi okres, aby zmiany te były radykalne. Spędziłam tam najlepsze lato w moim życiu, dlatego też chciałabym podzielić się moim punktem widzenia zarówno na podróżowanie jak i sam pobyt na Campie. Wspomnienia z tych wakacji są ciągle żywe w mojej głowie, a to przede wszystkim dzięki temu, że nadal jestem w kontakcie z ludźmi, których tam poznałam. Postanowiłam więc rozpocząć serię tekstów o miejscach które odwiedziłam. Zacznijmy więc od pierwszego przystanku na naszej trasie zwiedzania.

Dla niektórych to miasto niezwykłe i szalone, dla innych symbol amerykańskiego blichtru. Nie można nie zgodzić się z faktem, że jeśli tylko ma się odpowiednią ilość pieniędzy do roztrwonienia, w Las Vegas, bo o nim właśnie mowa, można dostać wszystko. Oprócz kasyn, miasto ma do zaoferowania niezliczone ilości innych rozrywek – wesołe miasteczko na szczycie wieżowca, ślub w małej kapliczce, którego udzieli sam Elvis, imprezy na basenie z najlepszymi DJ-ami świata, hotel imitujący Wenecję czy wieże Eiffla, czy trzeba wymieniać dalej?  Las Vegas ocieka złotem, pieniędzmi, marmurem… i kiczem.

Samo miasto ma dwie twarze. Nocą zakrywa swoje prawdziwe oblicze maską z miliona rażących świateł i neonów. Wszystko lśni, błyszczy i kusi. W dzień zaś, palące pustynne słońce rozgrzewa Vegas do nieznośnych 45 stopni Celsjusza. W tych warunkach ciężko wytrzymać na zewnątrz, a dla wytrwałych nie ma żadnej nagrody. No chyba, że jak ja, jesteś zdesperowany by poczekać w 10 metrowej kolejce, żeby pstryknąć sobie zdjęcie pod słynnym napisem Las Vegas. Ostrzegam że musisz wykazać się wielką siłą woli, inaczej szybko zrezygnujesz. Przechadzając się po pustych ulicach centrum, mijasz miliony sklepów z obciachowymi chińskimi pamiątkami i alkoholem, z którymi sąsiadują wielkie błyszczące domy handlowe znanych, światowych marek. W końcu się poddajesz i wchodzisz do jednego z nich – nie tyle z ciekawości, co po to aby choć trochę się ochłodzić w klimatyzowanych wnętrzach. Vegas za dnia jest brzydkie, gorące i wymarłe. Wszyscy wolą raczej popijać drinki i wylegiwać się na hotelowych basenach.  Nagły powrót do żywych możemy zaobserwować dopiero po zachodzie słońca.

„Przydrożne butiki” 😀

Hotele i Kasyna

Planując pobyt w Vegas możesz wybierać w najróżniejszych stylach hotelów. Gwarantuje, że wszystkie są luksusowe, wszystkie są jedyne w swoim rodzaju i wszystkie zrobią na Tobie wrażenie. Nic prostszego niż przepłynąć się gondolą po kanale na środku hotelowego korytarza, albo zatrzymać się w hotelu, który imituje cyrkowy namiot, gdzie zaraz na wejściu gości wita rollercoaster i mały luna park.  W Las Vegas znajdziesz też rzecz jasna Sfinksa, wieżę Eiffela, Statuę Wolności, i czarodziejski zamek i piękny hotel Palazzio z tańczącymi fontannami. Jeśli pragniesz odpocząć, możesz też zarezerwować Thaiti Resort & Spa. Wszystko, co tylko sobie wymarzysz. W każdym z hoteli mieszczą się oczywiście luksusowe kasyna, gdzie pomiędzy grającymi na automatach przemieszczają się piękne hostessy z darmowym napitkiem.

 My zdecydowaliśmy się zatrzymać w hotelu Stratosphere, który dysponuję najwyższą w Vegas wieżą widokową (dla gości dostępną za darmo), posiada dwa baseny i jest jednym z najtańszych. Znajduje się on na głównej ulicy, ale nieco dalej od ścisłego centrum. Jeśli masz zamiar wystąpić wieczorem w szpilkach, to polecam zapoznać się z rozkładem jazdy autobusów lub tak jak my, wpakować buty do torebki 😉

Ceny są dość przystępne, bo za taki czterogwiazdkowy hotel w Vegas płaci się (jak później się okazało) mniej więcej tyle, co za miejsce w wieloosobowej sali w hostelu w San Francisco. Jak to się dzieje, że noclegi są tak tanie? Tutaj działa przede wszystkim pierwsza zasada funkcjonowania Las Vegas, a mianowicie „Przyciągnij ludzi do siebie niską ceną, oni i tak zostawią u ciebie pięć razy tyle”. Ludzie przyjeżdżają na krótkie luksusowe „wakacje” i wydają mnóstwo pieniędzy w kasynie. Działa? Działa! Szczególnie na Amerykanów…

Hotele w Las Vegas
Widok z wieży w hotelu Stratosphere

Jeżeli chodzi o kasyna to zdecydowanie nie jest to moja ulubiona forma spędzania wolnego czasu, dlatego też nie zatrzymywałam się w nich na długo. Trzeba jednak przyznać, że są piękne i w porównaniu do Atlantic City, które jest pełne emerytów, tutaj naprawdę czuć w powietrzu przepływające przez ręce krupierów dolary. Musiałam wiec chociaż raz spróbować szczęścia i za dolara udało mi się wygrać niewyobrażalną sumę dziesięciu dolarów, co celebrowałam kupując sobie pierwszy porządny obiad (czyt. nie McDonalds).

Imprezy

Jedno mogę przyznać, imprezy w Vegas są naprawdę na wypasie. Nic dziwnego, że to właśnie tam Amerykanie wydają tysiące dolarów na wieczory kawalerskie, imprezy firmowe itp. Wszystkim wyłącza się kontrolka ostrożności, bo przecież „What happens in Vegas, stays in Vegas” .

Impreza zaczyna się już tuż po zachodzie słońca, gdy jak grzyby po deszczu na głównym bulwarze pojawiają się odziani w galowe stroje turyści. Na każdym rogu możemy tutaj zaopatrzyć się we wszelkiego rodzaju alkohol lub uzupełnić zapasy w wielkiej, kolorowej tubie z drinkiem. Zapomniałabym wspomnieć… Picie alkoholu w Vegas jest legalne wszędzie i o każdej porze. Zabronione jest tylko spacerowanie ze szkłem, tak więc warto zaopatrzyć się w plastikowe, imprezowe kubeczki, wsadzić butelkę rumu do torebki i „hura w miasto!”. Alkoholu na pewno nie zabraknie.

Prawdziwe party to jednak te organizowane w hotelach i klubach w centrum. Rzecz jasna organizatorzy prześcigają się z pomysłami i starają się zaprosić jak najlepszą gwiazdę do siebie. Będąc w Vegas nie miałam w planie żadnej grubszej imprezy, ale szczęśliwym zbiegiem okoliczności udało mi się wbić na jedno z tutejszych pool party z Djem Tiesto. Nie wiem jak i nie wiem też dlaczego, ale spacerując pomiędzy Forever 21 i Victoria’s Secret pewien pan zapytał nas czy mamy jakieś plany na wieczór i wręczył nam bilety. Dziwna sprawa, ale impreza była super. Obstawiam, że po prostu mieli za mało damskiej publiki, więc musieli w jakiś sposób urozmaicić towarzystwo. Bilety swoją drogą nie są aż tak kosmicznie drogie. Za podobne pool party z Tiesto organizowane w innym hotelu trzeba było zapłacić 20$ (panie) i 30$ (panowie). W Vegas często organizowane są również bardzo widowiskowe koncerty gwiazd takich jak Britney Spears, Jenifer Lopez. Można zobaczyć też musical do piosenek Michaela Jacksona czy przedstawienie Circus De Soleil. Warto przed wyjazdem rzucić okiem na co ma do zaoferowania miasto grzechu w swojej ofercie „kulturalnej”. Z pewnością jest to niezapomniane przeżycie (dla mnie takie właśnie było), albo chociaż dobra fotka na Insta 😉

Podsumowując, mimo iż Las Vegas było najsłabszym miastem, które widziałam w USA, to jednak uważam, że warto tam pojechać. Przede wszystkim dlatego, że jest to świetna baza wypadowa na Wielki Kanion, ale i dla tej specyficznej zwariowanej atmosfery. Myślę, że 2-3 noce zdecydowanie wystarczą, aby się wyszaleć i odpocząć nad hotelowym basenem. Jeżeli zostaniesz dłużej, a nie masz przy sobie worka pieniędzy, to może się stać, że zaczniesz się po prostu nudzić. Klasyczne veni, vidi, vici podróżowania – odhaczyłam na liście, już raczej się nie wybiorę, ale warto zobaczyć.

Vegas było moją pierwszą destynacją po Campie, która pozwoliła zregenerować siły i nakręcić się na dalszą podróż. Następny przystanek, Los Angeles, wkrótce na blogu 🙂 

Like & Share
error

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *